Najgorsze było na pewno wyobrażenie, że gdy ja będę gdzieś za morzem, moja firma upadnie. Było to wysoce prawdopodobne. Powiedzmy, że przez przypadek nie dotrze do mnie list z jakimś wezwaniem i zostanę pozwany do sądu. Moja firma zostanie zamknięta, zapasy zepsują się na półkach, podczas gdy ja w smutku i samotności będę marzł na chłodnym irlandzkim wybrzeżu. Płacząc na deszczu. Z mojego rachunku bankowego wyparuje 80% depozytów i ktoś na pewno ukradnie mi samochód oraz motocykl z garażu. Ktoś też zapewne napluje mi na głowę z balkonu, gdy będę dzielił się resztkami jedzenia z bezdomnym psem. Pies w tym momencie wystraszy się i kłapnie zębami prosto w moją twarz. Mój Boże, życie jest ciężkie, cholernie ciężkie.
(…)
Gdy tylko przemogłem niejasny niepokój i niewyraźną obawę przed precyzyjnym określeniem swojego koszmaru, swojego najgorszego scenariusza, przestałem się bać podróży. Nagle zacząłem myśleć o prostych krokach, jakie będę mógł wykonać, by uratować to, co jeszcze mi zostanie. (…) Mogłem sprzedać część swoich mebli i ograniczyć jedzenie w restauracjach. Mogłem ukraść kieszonkowe przedszkolakom, które codziennie rano przechodzily obok mojego mieszkania. Miałem wiele możliwości.
Timothy Ferris, 4-godzinny tydzień pracy
